„Jak podanie ręki” Zdzisławie Kaczmarek /1943-2020/

„Ptaku szaropióry

który mieszkasz w gnieździe mego ciała

a imię twoje niepokój

nie opuszczaj mnie jeszcze”

16 grudnia, jak podają kalendarze, to imieniny Zdzisławy. I akurat na ten dzień przypadło nasze kolejne „Rocznicowe czytanie”, zainicjowane przez Elżbietę Tylendę, a poświęcone naszej nieodżałowanej koleżance, poetce Zdzisławie Kaczmarek z Lwówka. Odeszła pięć lat temu, ale dziś powróciła do nas we wspomnieniach, w rozmaitych przywoływanych jakże chętnie sytuacjach, zdarzeniach. Barwną była postacią, taką, której nie sposób wymazać z pamięci. I choć coraz mniej wśród naszej literackiej braci osób, pamiętających jeszcze czasy, kiedy żyła Zdzisława, tym bardziej powinniśmy przybliżać tamte realia, klimaty, nastroje, bo takich już dziś nie ma. Paradoksalnie, zabrakło nam czasu, żeby poczytać wiersze Zdzisi, choć prowadząca spotkanie Anna Andrych, która przyjechała do nas aż ze Zduńskiej Woli, przywiozła z sobą tomiki jej wierszy. A i ja zabrałam egzemplarz „Życiorytów”, w których pomieszczone są m.in. jej utwory. Tak więc Zdzisława „była” dziś obecna przede wszystkim jako koleżanka, kumpelka, inicjatorka i pomysłodawczyni wielu przedsięwzięć oraz mentorka, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Głos zabierali głównie Ci, którzy znali ją najdłużej: Anna Andrych, Anna Landzwójczak, Zbigniew Gordziej, Paweł Kuszczyński i pisząca te słowa. Próbując ją scharakteryzować, trzeba by zacząć od tego, że od najmłodszych lat interesowała się losem Cyganów i Romów. Szczególnie upodobała sobie pierwszą cygańską poetkę, Papuszę i była jej prawdziwą emisariuszką, bowiem na własnych spotkaniach autorskich przytaczała oryginalne strofy tej niewykształconej i prawie niepiśmiennej „dzikiej” twórczyni. Zdzisławie, z wykształcenia polonistce, bliskie były kultury takich krajów, jak Gruzja, Armenia, czy Mołdawia, tym bardziej, że w przeszłości pilotowała wycieczki właśnie w tamte rejony. Co znamienne, podczas tych zagranicznych wojaży preferowała bratanie się z prostymi ludźmi danego kraju, biorąc udział w biesiadach ze śpiewami i kosztowaniem miejscowych potraw i napitków. Jednak podróżą jej życia pozostał wyjazd do Chin. Ogromnym sentymentem darzyła literaturę rosyjską, ceniła Bułata Okudżawę i Włodzimierza Wysockiego, a językiem tego kraju władała swobodnie. Miała niepospolitą fantazję i brała czynny udział w życiu naszego poznańskiego oddziału. Przez pewien czas mieszkała nawet w mieście koziołków, lubiąc spacerować po ulicach, zaglądając w ciekawe miejsca. To ona zaprowadziła mnie kiedyś na urokliwe, zagracone podwórko przy Św. Marcinie, gdzie zaczynała prosperować artystyczna galeria „Okien życie”. Bliskie były jej okolice Starego Rynku i Zamku Przemysła. Wszystkie obiekty fotografowała z zamiłowaniem, zamieszczając potem zdjęcia w Internecie. Chodziła do kina, na bieżąco zorientowana w repertuarze filmowym. Nie jeden raz, po skończonym dyżurze w naszej siedzibie przy Noskowskiego 24, spacerowałyśmy po Parku Sołackim. Była ciekawa zjawisk i rzeczy, ale ponad wszystko lubiła naturę. To właśnie przyroda pojawiała się niemal w każdym jej utworze, łagodząc życiowy ból, który poetka w sobie nosiła. Potrafiła słuchać, dać dobrą radę, ale też dyskutować i bronić swoich racji. Kiedy zaczęła poważnie chorować, nie wszystkim się do tego przyznała, choć cierpienie stało się jej codziennością.

Pozostała na zawsze w swoich mądrych, życiowych wierszach, wielu ponadczasowych. Odnajdujemy się w nich ku własnemu zaskoczeniu, tylko że ona potrafiła znaleźć słowa najodpowiedniejsze…

Maria Magdalena Pocgaj